Historia polskiego złota

W 1939 r. Bank Polski posiadał 77 ton złota. Co się z nim stało?

Ewakuowane z walczącej Warszawy przez Rumunię i Bliski Wschód do Francji, potem przez Casablancę i Dakar w głąb Sahary i wreszcie do Londynu, Nowego Jorku i Ottawy, żeby nigdy fizycznie nie powrócić do kraju – epopeja złota ze skarbców Banku Polskiego mówi o bankowości centralnej i Polakach w czasie II wojny światowej więcej niż niejeden podręcznik.

zloty_pociag

Władze odrodzonej po I wojnie światowej Rzeczypospolitej traktowały zasoby złota jak skarb narodowy, który miał wspomóc kraj w trudnych czasach. Dla Banku Polskiego, który miał prawo emisji waluty, lecz był także prywatną spółką akcyjną posiadanie złota było natomiast sprawą czysto techniczną.

W drugiej połowie lat 30. XX w. władze banku i najwyższe władze państwowe zaczęły rozważać, gdzie i jak ulokować polskie zasoby złota. Wydawało się, że bezpieczniej będzie trzymać je za granicą, ale obawiano się, że mogłyby zostać zajęte, gdyby Polska nie spłacała zaciągniętych pożyczek. Jako miejsce przetrzymywania zasobów złota wskazywano przede wszystkim Londyn, choć pod uwagę brany był też Paryż. Ostatecznie część złota – choć stosunkowo niewielką – ulokowano za granicą.

Nikt nie zakładał blitzkriegu

Brytyjski premier Winston Churchill stwierdził w jednym z wywiadów w 1940 r.: „moi generałowie przygotowują się do prowadzenia minionej wojny”. Podobnie wyglądała polska dyskusja o złocie. Nikt nie zakładał blitzkriegu, nikt nie przypuszczał, że zostanie zajęte całe terytorium państwa. Myślano raczej, że jeśli w ogóle wybuchnie wojna, to będzie pozycyjna, że być może część terytorium zostanie zajęta przez nieprzyjaciela, ale złoto można by przetrzymywać na pozostałej i użyć do sfinansowania bieżących zakupów dla walczącej armii.

W sierpniu 1939 r. całe zasoby złota Banku Polskiego były warte 463–464 mln ówczesnych złotych (około 87 mln ówczesnych dolarów, czyli około 77 ton). Z tego około 102 mln zł ulokowane były za granicą, w Londynie i Nowym Jorku, w mniejszych częściach w Paryżu i Szwajcarii. Większość (około 360 mln zł) przechowywano w kraju, głównie w skarbcu głównym Banku Polskiego przy ul. Bielańskiej w Warszawie, lecz również w Brześciu nad Bugiem, Siedlcach i Zamościu.

Pierwsze dni wojny

Gdy 1 września 1939 r. Niemcy rozpoczęli ataki lotnicze na Warszawę, zapadła decyzja o ewakuacji złota znajdującego się w skarbcu przy ul. Bielańskiej. Część miała trafić do Brześcia nad Bugiem, a część do oddziału Banku Polskiego w Siedlcach. 5–6 września punkt docelowy przesunięto dalej – złoto miało na dobre spocząć w Łucku na Wołyniu, choć nie było tam skarbca z prawdziwego zdarzenia.

12 września z łuckich zasobów wyłączono około 4 t złota. Rząd wciąż wyobrażał sobie, że można będzie nim płacić za dostawy dla armii polskiej, a zwłaszcza, że ZSRR wywiąże się z wcześniejszych ogólnikowych zobowiązań i udzieli Polsce pomocy w materiałach wojennych i paliwie.

Ewakuacja przez Rumunię

Reszta skarbu miała być ewakuowana przez Rumunię. W nocy z 13 na 14 września przewieziono ją na polsko-rumuńską granicę, do stacji kolejowej Śniatyń-Załucze.

Strona polska była świadoma, że Niemcy wywierają na Rumunię presję. Rumuni okazali się jednak bardzo pomocni. Władze w Bukareszcie postawiły jeden warunek: polskie złoto musi opuścić ich terytorium w ciągu 48 godz. Rumuński rząd odgrywał przed opinią publiczną theatrum ceremoniale: udawał, że jest przeciw transportowi i formalnie mnożył trudności, ale kolejne etapy podróży koleją do portu w Konstancy i załadunek złota przebiegały bez problemów.

W Konstancy Polakom pomocy udzielił brytyjski konsul, który zarekwirował jeden ze statków pływających pod brytyjską banderą i polecił przyjąć ładunek. Tankowiec Eocene wyszedł z Konstancy i skierował się ku Turcji. 16 września wszedł do Złotego Rogu w pobliżu Stambułu.

Życzliwa Turcja

Polacy nie wiedzieli, jakie będzie stanowisko Turcji, więc okręt stał na redzie. Sytuacja dodatkowo skomplikowała się 17 września, kiedy do Polski wkroczyła Armia Czerwona. Ja się okazało, Turcy wykazywali olbrzymią życzliwość. Zaoferowali możliwość zdeponowania złota w jednym z banków w Stambule, na co Polska ostatecznie nie przystała. Cenny ładunek otrzymał gwarancje nienaruszalności i koleją przez terytorium Turcji, a potem przez dwa terytoria mandatowe Francji – Syrię i Liban – trafił do Bejrutu.

Tam na złoto oczekiwał na francuski krążownik. Kierujący transportem od granicy polsko-rumuńskiej płk Ignacy Matuszewski nie zgodził się, aby ryzykować i przewozić całe złoto w jednym transporcie. W rezultacie część odpłynęła pod pokładem krążownika w ostatnich dniach września, a dwa inne francuskie niszczyciele zabrały resztę złota 4 i 5 października.

Sytuacja była o tyle korzystna, że już 1 września 1939 r. Włosi wprowadzili do stosunków międzynarodowych nowy termin: non belligeranza, czyli nieprowadzenie wojny. Mimo że na mocy paktu stalowego z maja 1939 r. byli faktycznym sojusznikiem Niemiec, to jednak wojny postanowili nie prowadzić. Dzięki temu okręty ze złotem były bezpieczne.

Polskie złoto we Francji

Poprzez francuski port w Tulonie złoto trafiło do oddziału Banku Francji w Nevers. Nie zostało tam zdeponowane, tylko złożone w wynajętym przez Polaków skarbcu. Pozostawało więc formalnie w polskich rękach.

Francja uchodziła wówczas za czołowe mocarstwo militarne. Wydawało się więc, że złoto jest bezpieczne. Z letargu Polacy ocknęli się, dopiero w maju 1940 r., kiedy Niemcy dokonali agresji na Francję.

Nalegaliśmy, by wywieść polskie złoto do Stanów Zjednoczonych, tym bardziej że także Bank Francji miał tam przewieźć swój skarbiec. Francuzi podnosili kwestię 500 mln franków, które pożyczyli Polsce jeszcze we wrześniu 1939 r. i od ich zwrotu uzależnili umożliwienie ewakuacji polskiego złota. Ostatecznie udało się te pretensje oddalić.

Wbrew nadziejom strony polskiej złota nie wysłano do Stanów Zjednoczonych czy na francuskie Antyle, tylko do Afryki – do Dakaru. Gdy francuska Afryka Zachodnia uznała reżim marszałka Phillipe’a Pétaina, pojawiły się obawy, że to terytorium może stać się celem inwazji brytyjskiej. Polskie złoto zostało więc wywiezione 800 km w głąb Sahary, do francuskiego fortu Kayes.

Zabiegi dyplomatyczne i proces

Rząd Rzeczypospolitej na uchodźstwie prowadził w sprawie złota negocjacje z Brytyjczykami. Przekonywał, że gdyby Royal Navy zatrzymała francuski okręt z polskim złotem lub złoto weszło w posiadanie Londynu w wyniku brytyjskiej operacji wojskowej w Afryce Francuskiej, to należy je oddać Polakom.

Polski rząd negocjował też zarówno z marszałkiem Pétainem, jak i z generałem Charles’em de Gaulle’em. Negocjacje z władzami Vichy spełzły na niczym. W październiku 1941 r. udało się natomiast zawrzeć z de Gaulle’em tajny protokół, który przewidywał, że jeśli Wolna Francja wejdzie w posiadanie naszego złota, to je nam zwróci.

Tymczasem fiasko rokowań z władzami Vichy sprawiło, że strona polska postanowiła wystąpić przeciwko Bankowi Francji na drogę prawną. Nie udało się jednak znaleźć w Londynie kancelarii, która podjęłaby się takiego procesu. Trzeba było wynająć jedną z kancelarii z Nowego Jorku.

Przed sądem amerykańskim nie mógł wystąpić ani Bank Polski, ani władze Rzeczypospolitej. Złoto należało formalnie przekazać powiernikom, osobom fizycznym będącym rezydentami stanu Nowy Jork. To one mogły pozwać Bank Francji. Ostatecznie pozew taki został złożony we wrześniu 1941 roku.

Amerykański sędzia, nie bawiąc się w nadmierne formalności, na pierwszej rozprawie nałożył areszt na stosowną ilość złota Banku Francji, które znajdowało się w skarbcach Fed. To, czy złoto zostanie wydane stronie polskiej, było kwestią bardzo skomplikowaną. Bank Francji kwestionował bowiem prawomocność sądów amerykańskich w tej sprawie.

Afryka Północna w rękach aliantów

Sytuacja uległa zasadniczej zmianie późną jesienią 1942 r., kiedy Amerykanie i Brytyjczycy rozpoczęli operację Torch i wylądowali w Afryce Północnej i Zachodniej. Terytoria Algierii, Maroka i Senegalu znalazły się w rękach aliantów. W tym stanie rzeczy, korzystając z pomocy Amerykanów, do Algieru udał się jeden z dyrektorów Banku Polskiego Stefan Michalski. Zaczął rozmowy z władzami amerykańskimi, brytyjskimi i francuskimi.

Francuzi z wszystkich obozów politycznych początkowo twierdzili, że żadnego polskiego złota w Afryce nie ma, że zniknęło. Wydawało się to o tyle wiarygodne, że wcześniej rząd Vichy wydał Niemicom złoto banku belgijskiego, które także trafiło do Dakaru. Na wyraźne naleganie Niemiec o wydanie także złota banku polskiego Francuzi zasłonili się sytuacją formalnoprawną: Niemcy władają całą Belgią, więc złoto Banku Belgii należy wydać, natomiast terytoria Rzeczypospolitej są podzielone między Niemcy i ZSRR, nie ma traktatu pokojowego, stan prawny nie został uregulowany. W związku z tym należy poczekać do traktatu pokojowego, żeby Rosjanie nie zgłosili pretensji do części złota. Niemcy postanowili tej kwestii nie drążyć.

W połowie 1943 r. Francuzi ostatecznie przyznali, że złoto znajduje się w Kayes. Zaczęły się rokowania. Ustalono, że Francuzi wydadzą skarb, a Polacy doprowadzą do przerwania procesu, który toczył się w Stanach Zjednoczonych. W grudniu 1943 r. zawarto stosowną umowę między Bankiem Polskim a Francuskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego, a w styczniu 1944 r. między adwokatami obydwu stron.

Na drugą stronę Atlantyku

Rada Ministrów zasugerowała Bankowi Polskiemu, by złoto rozlokować w skarbcach trzech banków centralnych: w nowojorskim oddziale Fed, w Banku Anglii w Londynie oraz Banku Kanady w Ottawie.

Transport złota do Stanów Zjednoczonych przebiegł bez problemów. Resztę przewieziono do Londynu. Nie używano jednak w tym celu specjalnych okrętów. Partie złota były zabierane dość przypadkowo z obawy, że niemieckiemu wywiadowi uda się ustalić, kiedy złoto jest transportowane. U wybrzeży Wysp Brytyjskich wciąż działały niemieckie okręty podwodne, które mogłyby próbować torpedować okręty z cennym ładunkiem.

Ostatecznie w październiku 1944 r. złoto (partie o wartości około 150 mln zł) znalazło się w Nowym Jorku i Londynie, natomiast niespełna 70 mln zł trafiło do Banku Kanady w Ottawie.

Po wojnie

Kwestia losów złota stała się znowu aktualna dopiero po zakończeniu działań wojennych w Europie. Pojawił się problem polityczny, dlatego że krajem władały już tzw. władze lubelskie. W Banku Polskim nastąpił podział. Część dyrekcji z Zygmuntem Karpińskim postanowiła wrócić do kraju, a część została na Zachodzie, m.in. naczelny dyrektor Banku Polskiego Leon Barański. Warszawa usilnie zabiegała o powrót złota.

Rząd USA uznał w lipcu 1945 r. władze w Warszawie. Trudności pojawiły się natomiast ze strony brytyjskiej i dotyczyły spłaty kredytu z września 1939 r. Dług doszedł do 150 mln ówczesnych funtów (dom w Londynie kosztował wówczas 1 tys. funtów). 75 mln funtów umorzono. Brytyjczycy zażądali od Warszawy przynajmniej częściowej spłaty pozostałych 75 mln.

Prezesem istniejącego już NBP i Banku Polskiego był wtedy Edward Drożniak. Wespół z polskimi dyplomatami akredytowanymi w Londynie doszedł ostatecznie w czerwcu 1946 r. do rozwiązania: Brytyjczycy otrzymali 3 mln funtów w złocie oraz 10 mln funtów w gotówce. Sprawa była zamknięta. Odtąd polskie złoto było do dyspozycji władz w Warszawie.

Złoto fizycznie nigdy nie wróciło do kraju. Cenny kruszec, ratowany z wojennej pożogi przez pracowników Banku Polskiego z pomocą rządów i instytucji bankowych krajów alianckich, został w całości wykorzystany przez władze Polski Ludowej. Był sprzedawany na rynkach finansowych albo zaciągano pożyczki pod jego zastaw. Gdy pożyczki nie były spłacane, zastaw przepadał.

Autor: Prof. Wojciech Rojek wykłada historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Artykuł jest skróconą wersją wykładu wygłoszonego w Narodowym Banku Polskim. 

Wojenne losy polskiego złota

Otwarta-licencja

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *